Recenzje sztuk teatralnych

Filozof bez steru - „Immanuel Kant”. Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu, 2026-06-16

Filozof bez steru - „Immanuel Kant”. Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu, 2026-06-16

Podczas 46. Warszawskich Spotkań Teatralnych Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu zaprezentował „Immanuela Kanta” Thomasa Bernharda – groteskową sztukę, która umieszcza słynnego filozofa w całkowicie irracjonalnej sytuacji. Spektakl Agnieszki Olsten od początku buduje rzeczywistość podporządkowaną logice absurdu, gdzie wielkie idee nieustannie ścierają się z codziennością i ludzkimi słabościami.

Akcja rozgrywa się podczas wyimaginowanej podróży do Ameryki, odbywanej przez Kanta u schyłku życia. Filozof ma tam odebrać doktorat honoris causa i poddać się operacji wzroku. Na pokładzie „luksusowego” statku towarzyszą mu żona, służący Ernst Ludwig oraz papuga Fryderyk, zajmująca w jego świecie miejsce szczególne.

Reżyserka Agnieszka Olsten nie próbuje psychologicznie uzasadniać zachowań postaci. Zamiast tego konsekwentnie rozwija konwencję groteski, łącząc filozoficzne rozważania z farsą, komizmem sytuacyjnym i scenami balansującymi na granicy absurdu.

W rolę filozofa wciela się kobieta – Agnieszka Kwietniewska – aktorka o ciekawym, chropowatym głosie, znakomicie oddająca zarówno wyższość, jak i pozorny spokój skrywający niepewność wałbrzyskiego Kanta. W jego żonę wciela się Irena Sierakowska, przekonująco podkreślająca niejednoznaczność i nieoczywistość swojej bohaterki – pozornie grzecznej, lecz zachowującej dystans wobec świata męża. Mateusz Flis jako Ernst Ludwig tworzy natomiast postać wiernego służącego, choć zmęczonego irytującymi kaprysami i ekscentrycznością swojego pana. Towarzyszy im także tajemniczy Kapitan (Rafał Kosowski).

Wieść o obecności na pokładzie szacownego filozofa szybko rozchodzi się po statku. Wraz z rozwojem akcji kolejni niecodzienni goście odwiedzają przestrzeń uczonego, a rzeczywistość coraz bardziej ustępuje miejsca dziwaczności i zagadkowości świata przedstawionego. Filozofa odwiedza szalona Milionerka – w tej roli rewelacyjna Urszula Gryczewska, która z niezwykłym wdziękiem łączy ekscentryczność i infantylną fascynację światem. Następnie pojawia się przystojny Kardynał z licznymi pierścieniami, którymi chętnie się szczyci (Wojciech Świeściak), a także osobliwy Kolekcjoner Dzieł Sztuki (Michał Kosela) – w niepełnym stroju, co nie przeszkadza mu prowadzić głębokich rozmów o sztuce.

Scenografię autorstwa Józefa Gałązki tworzy prowizoryczny drewniany pokład z niewielką nadbudówką i metalowymi barierkami na krawędziach. Nad pokładem zawieszona jest sieć wypełniona mnóstwem plastikowych butelek i innych odpadów – niepokojący ślad ludzkiej obecności, wprowadzający do tej podróży obraz degradacji i zaniedbania oraz symbol współczesnej ludzkiej bezmyślności. Szczególnie interesująco rozwiązano relację między sceną a widownią. Publiczność rozmieszczono wokół pokładu, dzięki czemu od początku ma się wrażenie uczestnictwa w tej osobliwej podróży. Spektakl nie rozgrywa się wyłącznie przed widzem – aktorzy co jakiś czas przekraczają granicę sceny, zwracają się bezpośrednio do publiczności i podejmują krótkie improwizowane interakcje. W efekcie widz zostaje symbolicznie włączony w świat przedstawienia.

W spektaklu wielokrotnie powraca motyw Titanica – zarówno samego transatlantyku, jak i kultowego filmu Jamesa Camerona z 1997 roku. Twórcy nie traktują go jednak z nabożnym szacunkiem, lecz wykorzystują jako element przewrotnej gry z kulturowymi skojarzeniami. Podobnie mieszają wysokie z niskim, farsę z filozoficzną refleksją, a wzniosłość z estetyką świadomego kiczu. Gdy wybrzmiewa walc „Nad pięknym modrym Dunajem” w popowej aranżacji, staje się to ironicznym komentarzem do poczucia wyższości Austriaków, z czego Bernhard wielokrotnie kpił w swojej twórczości.

Sztuka zostaje poprowadzona w sposób inteligentny i konsekwentny, a zarazem chwilami celowo rozwlekły. Ta rozwlekłość nie jest jednak wadą, lecz przemyślanym środkiem wyrazu. Spektakl wykorzystuje monotonię, powtarzalność i obsesyjność, by widz mógł odczuć stan utknięcia, wyczerpania oraz stopniowego rozpadu sensu. Chodzi o pokazanie mentalnej pętli, bezładności myśli i nieustannego powracania do tych samych idei, które sprawiają wrażenie głębokich, lecz nie prowadzą do żadnego rozstrzygnięcia. Główny bohater nieustannie snuje swoje rozważania, pozostając zarazem więźniem własnych konstrukcji myślowych.

Immanuel Kant jako rzeczywista postać wierzył, że rozum pozwala uporządkować świat. W spektaklu spotykamy jednak człowieka starego i tracącego wzrok, który nie panuje nad własnym losem i nie potrafi odnaleźć się w rzeczywistości. Tkwi wśród idei coraz bardziej oddzielonych od konkretnego doświadczenia życiowego.

Taki Kant odarty z kantyzmu. Twórcy wałbrzyskiego przedstawienia znakomicie wydobywają z tekstu Bernharda jego groteskowy potencjał, zamieniając podróż filozofa w prześmiewczą opowieść o człowieku uwikłanym we własne idee. Wszystko jest tu jednocześnie umowne i śmiertelnie poważne – pod komizmem kryje się bowiem pytanie o granice rozumu, poczucie wyższości i bezradność wobec rzeczywistości.

Powstaje farsa gęsta od kulturowych i filozoficznych odniesień, oparta na nieustannym zderzaniu wzniosłości z groteską. Bohaterowie płyną rzekomo luksusowym statkiem i raz po raz podkreślają jego wyjątkowość, podczas gdy scenografia przywodzi na myśl raczej mocno podniszczoną tratwę niż transatlantyk. Rozbieżność między tym, co postaci mówią, a tym, co widzi publiczność, staje się jednym z podstawowych mechanizmów spektaklu. Podobnie jest z bohaterami, którzy z pełną powagą wygłaszają patetyczne kwestie i filozoficzne maksymy, choć otaczająca ich rzeczywistość coraz wyraźniej wymyka się logice i pogrąża w absurdzie.

Absurd Thomasa Bernharda ma jednak inne źródła niż ten dobrze nam znany z polskiej tradycji. Nie jest komentarzem do nieracjonalnego systemu ani satyrą na urzędniczą obojętność wobec ludzi. Rodzi się ze zderzenia wielkich idei z ludzką śmiesznością, próżnością i egoizmem. To absurd, który nie tyle bawi, ile uwiera – rozpuszcza iluzje i zmusza do spojrzenia na rzeczywistość bez osłon.

Twórcy wyraźnie szydzą z europejskiego zachwytu Ameryką. Pasażerowie statku raz po raz wychwalają jej potęgę, mądrość i gospodarczy sukces, traktując ją niemal jak ucieleśnienie wolności i postępu. Jednak spektakl nie ogranicza się do prostej krytyki tej fascynacji – jego ironia jest obosieczna. Bernhard ośmiesza zarówno sam mit Ameryki jako przestrzeni wolności i doskonałości, jak i Europę oraz jej samouwielbienie.

Ta wielowarstwowa ironia pokazuje, że spektakl konsekwentnie unika porządkowania świata za pomocą prostych przeciwieństw. Tym mocniej wybrzmiewa głos wałbrzyskiego Kanta, który z niemal obsesyjnym uporem rozwija własne rozważania o przeciwieństwach wzajemnie się wykluczających i porządkuje świat za pomocą ostrych podziałów: prawda i fałsz, dobro i zło.

Kant staje się symbolem wiary w siłę rozumu, która stopniowo ujawnia swoją kruchość. Stary, niemal ślepy filozof, skupiony na własnych konstrukcjach myślowych, płynie przez ocean wśród dziwaków i ludzi żyjących w świecie iluzji, a jego rozum coraz wyraźniej okazuje się bezradny wobec rzeczywistości. Człowiek, który próbował wyznaczyć granice poznania, sam nie potrafi odnaleźć się w świecie wymykającym się jego kategoriom.

W finale spektakl podejmuje największe artystyczne ryzyko. Nie oferuje widzowi satysfakcji w postaci rozwiązania zagadki ani jednoznacznego komunikatu, lecz pozostawia znaczenia zawieszone między absurdem a metaforą.  

Statek okazuje się nie tyle środkiem transportu, ile metaforą świata pogrążonego we własnych iluzjach. Kant nie płynie do Ameryki po odzyskanie wzroku – to raczej Europa dryfuje przez własne złudzenia i własną ślepotę. Stopniowo okazuje się, że pod elegancką powierzchnią bohaterów kryją się przemilczane historie i niepokojące symbole. Pojawiające się nazistowskie odznaczenia, niewygodne fakty z przeszłości oraz kolejne pęknięcia w obrazie przedstawianego świata sprawiają, że mit Europy zaczyna się kruszyć. To już nie tylko opowieść o starzejącym się filozofie, lecz o kulturze, która chętnie pamięta o swoim humanizmie, filozofii i oświeceniu, a znacznie mniej o własnych katastrofach – nazizmie, faszyzmie czy dwóch wojnach światowych. Wałbrzyscy twórcy znakomicie uchwycili bernhardowską ideę: przez większą część spektaklu widz śmieje się z absurdów i dziwactw bohaterów, by pod koniec odkryć, że ten śmiech w pewnym sensie był skierowany także przeciwko niemu samemu – przeciwko światu, który uważa za racjonalny.

Teatr Dramatyczny im. Jerzego Szaniawskiego, Wałbrzych

46. Warszawskie Spotkania Teatralne

Data: 16 czerwca 2026 r.

Spektakl: „Immanuel Kant”

Miejsce przedstawienia: Teatr Dramatyczny w Warszawie

  

Twórcy:

autor: Thomas Bernhard

przekład: Jacek St. Buras

reżyseria: Agnieszka Olsten

scenografia: Józef Gałązka

kostiumy: Marek Adamski

muzyka: Aleksandra Gryka, Rafał Stachowiak

reżyseria świateł: Robert Mleczko

inspicjentka: Iwona Skiba

plakat: Olaf Brzeski

 

Obsada:

Mateusz Flis, Urszula Gryczewska, Michał Kosela, Rafał Kosowski, Agnieszka Kwietniewska, Irena Sierakowska, Wojciech Świeściak

 

Zdjęcia: Tobiasz Papuczys

 

Brak komentarzy
Szukaj