Przestrzeń refleksji osobistej

W centrum światła, kosztem innych

W centrum światła, kosztem innych

To jest osobisty tekst oparty na obserwacji środowiska artystycznego, próbujący opisać mechanizmy jego funkcjonowania. To artykuł o artystach i ich cieniu – o odpowiedzialności twórców za przestrzeń artystyczną, którą powołują do życia. O tym, kiedy twórczość zamienia się we władzę – i co z tego wynika dla innych: uczestników, współtwórców i widzów.

***

Nie każdy, kto stoi na scenie, umie być sobą poza nią. Nie każdy, kto jest liderem w środowisku twórczym, potrafi zostawić przestrzeń na cudzy głos. Władza często przychodzi przebrana za inspirację. Są artyści, którzy tworzą z potrzeby dzielenia się prawdą i tacy, którzy tworzą, by zobaczyć się w oczach innych. Nie chodzi o technikę ani estetykę. Chodzi o energię, jaka płynie z intencji. O to, czym twórca chce się dzielić z innymi i jakie ma głębokie motywacje do tworzenia.

Czemu niektórzy artyści nadużywają władzy, a inni czerpią moc z ciszy własnego wnętrza? Co sprawia, że niektórzy artyści karmią się cudzym spojrzeniem, a inni – wierni sobie – tworzą z miejsca głębokiej wewnętrznej prawdy? Dlaczego niektórzy potrafią używać innych ludzi jako narzędzi do realizacji swoich artystycznych zamierzeń?

Odpowiedź nie leży w samej „artystyczności”, tylko w tym, jak dany człowiek radzi sobie z energią władzy, uwagi i emocjami innych.

Część twórców/liderów potrzebuje być „kimś” – autorytetem, inspiracją, kimś ważnym dla szerszej grupy. Nie potrafią znaleźć kierunku i poczucia sensu w sobie, dlatego projektują te braki na innych ludzi. I ten głód uznania ma różne motywacje. Ludzie ci czują się pewnie tylko wtedy, gdy mają pełną kontrolę nad grupą, strukturą lub emocjami innych, bo sami zwykle są emocjonalnie niestabilni i nieukorzenieni w sobie. A władza nad innymi daje im poczucie siły.

Zazwyczaj (z naciskiem na „zazwyczaj”) to nie są źli ludzie, ale są niedojrzali – jako ludzie, albo jako przywódcy – używają wpływu, bo nie znają innego sposobu budowania swojego znaczenia. A budowanie swojego znaczenia jest dla nich ważniejsze niż budowanie standardów, które służą dobru szerszej społeczności.

Ta sytuacja nie dotyczy wyłącznie środowiska artystycznego – podobnie jest np. w środowisku duchowym (i wszędzie tam, gdzie pojawia się grupa, władza i potrzeba decyzyjności). Bycie autorytetem przynosi ogromne korzyści – daje poczucie bycia kimś ważnym, podziwianym przez innych. Dlatego tak często pojawia się walka o uwagę. Im słabszy i mniej zintegrowany wewnętrzny fundament, tym silniejsza potrzeba szukania odpowiedzi na zewnątrz. Wtedy to właśnie uwaga drugiego człowieka – jego energia – staje się czymś najcenniejszym.

Jeśli natomiast twórcy czerpią swoją siłę z wewnętrznego źródła i chcą dzielić się sobą z innymi, potrzebują energii drugiego człowieka do wspólnego budowania nowych jakości, a nie do sprawowania władzy. Twórczość ich ożywia, a otwartość na innych sprawia, że pozostają uważni na otoczenie – nawet gdy są liderami w swoim środowisku i samodzielnie podejmują decyzje. To artyści, którzy mają w sobie dojrzałość i naturalną pokorę wobec życia. Ich wartość płynie z wnętrza, nie z tego, jak są postrzegani – nie potrzebują grać roli mistrza do podziwiania, żeby być ważną osobą. Tacy artyści potrafią dawać przestrzeń innym bez chorobliwej kontroli. Ich twórczość  nie jest narzędziem wpływu, tylko środkiem komunikacji. Wiedzą, że tworzenie z innymi to wymiana energii, a nie gra hierarchii.

I dlatego tacy ludzie przyciągają zaufanie, bo nie wymagają zależności – chcą tylko obecności i współtworzenia.

***

Czy artyzm tłumaczy manipulację? Nie. Artyzm to potencjał. Ale jak z każdą siłą – może być używany do tworzenia zupełnie nowych jakości w życiu i do budowania mostów. Albo odwrotnie – do budowania siebie kosztem innych. To nie sztuka czyni ludzi dziwnymi – tylko ich niezintegrowane potrzeby, lęki i nieprzepracowane historie.

 

Różne poziomy kontroli

Niektórzy, gdy tylko dostaną władzę, zachłystują się nią. Cień, który był dotąd głęboko ukryty, wychodzi na powierzchnię. I potrafią wtedy manipulować i wykorzystywać innych bez skrupułów. U podstaw potrzeby bycia kontrolującym często leży jakaś emocjonalna luka – niedowartościowanie, wynikające z wcześniejszych doświadczeń odrzucenia, ignorowania czy bolesnych porównań. Czyli doświadczeń, które w jakimś stopniu dotykają większości z nas, ale u niektórych mają one większą siłę i zostają nieprzepracowane (takie osoby wolą nie patrzeć na swoje braki).

Bywa też, że ktoś zaczyna pełnić funkcję lidera z dobrymi intencjami, lecz przytłacza go ciężar odpowiedzialności. Wówczas pogarda wobec innych staje się maską dla lęku, że sobie nie radzi. Wtedy, zamiast prowadzić zespół – kontroluje go. Zamiast wspierać – testuje lojalność. Zamiast dostrzegać człowieka – ocenia go przez filtr:

·        przydatny,

·        bezproblemowy,

·        albo trudny.

Promuje się wtedy ludzi wygodnych zamiast autentycznych, nagradza uległość zamiast talentu i dojrzałości.

Dopóki artysta zajmuje się tylko tworzeniem, łatwiej radzi sobie ze swoim cieniem – bo taki cień może być kontrolowany, a czasami nawet działać twórczo. Problem zaczyna się wtedy, gdy dochodzi władza nad innymi i odpowiedzialność za decyzje większej grupy lub instytucji. Wtedy znika lustro – nikt nie mówi prawdy, środowisko milczy w bezmyślnym oddaniu i służbie (to mechanizmy posłuszeństwa, głęboko zakorzenione w nas przez wieki historii – w każdym kraju były różne wzorce podporządkowania się władzy). I gdy pojawiają się pierwsze oznaki nadużyć, przymyka się na nie oko. A potem nagle napięcie eksploduje – często dopiero wtedy, gdy jest już za późno. Im większa instytucja i poważniejsza sprawa, tym więcej osób dostrzega w tym okazję do własnego zysku, a media chętnie podkręcą sytuację, rozdmuchując ją i nadając jej nadmierny rozgłos.

Część takich sytuacji udałoby się uniknąć, gdyby ktoś w porę zareagował. Gdyby padły pierwsze słowa sprzeciwu: „nie zgadzam się na takie jakości” – i gdyby, oczywiście, istniała przestrzeń do rozmowy pomiędzy dwoma obozami. Bo źródłem problemu jest tu nie tyle zła wola lidera, ile jego niedojrzałość obnażona przez nadmiar odpowiedzialności. I często – przez brak wsparcia systemu. A niedoskonały system potrafi wtedy pożerać ludzi – nawet tych, którzy wcześniej byli autentyczni, odważni w twórczej pracy i ludzcy.

 

Rywalizacja

Warto w tym miejscu odnotować, że współczesne systemy społeczne uczą nas funkcjonowania w trybie „widoczność = wartość”, a dominujący model myślenia oparty jest na konkurencji i próbie zwrócenia na siebie uwagi za wszelką cenę. To podejście jest szczególnie widoczne w marketingu, który faworyzuje wszystko, co da się sprzedać, wypromować lub wypozycjonować. Nie chodzi o głębię, tylko o zasięg. W ten sposób rywalizacja staje się nie tylko strategią działania, ale też normą kulturową. Marketing promuje konkurowanie i potrzebę wyróżnienia się na tle innych, tworząc wrażenie, że inni stanowią dla nas zagrożenie. W centrum znajduje się nieustanna kontrola: research, porównywanie się, walka o wpływy i uwagę odbiorcy. Ciągłe bycie w napięciu.

Ale tam, gdzie dominuje konflikt i potrzeba walki o swoją pozycję, twórczość gaśnie. Rywalizacja zamyka drzwi do tego, co w sztuce najbardziej żywe i niepowtarzalne – do wolności i lekkości.

A przecież każdy z nas jest niepowtarzalny – i kiedy dzielimy się sobą szczerze, zawsze powstaje coś autentycznego i unikalnego. Każdą sztukę można wykreować na wiele sposobów. I nawet role, które były grane przez innych setki razy, można zinterpretować nowo – po swojemu, oryginalnie.

I na odwrót – istnieją ludzie o dobrej technice aktorskiej czy tanecznej – ale bez głębi i zaangażowania ich aktorstwo, śpiew czy taniec nie porywa. Jest pozbawiony wyrazistości, mdły, niewnoszący nic nowego. Bo prawdziwa kreacja (życiowa i artystyczna) wymaga największego ryzyka – ryzyka poznawania siebie. A nie każdego stać na taką odwagę.

 

Mechanizmy władzy

Każda władza potrzebuje odbiorców – ludzi gotowych podporządkować się jej regułom. Są tacy, którzy wykorzystują władzę, by osiągać własne cele w grupie, i tacy, którzy bez oporu poddają się tym mechanizmom – byle tylko otrzymać odrobinę uznania, docenienia czy poczucia przynależności. Wchodzą w grę stworzoną przez lidera, akceptują jej zasady i współtworzą jej strukturę. Energia takich grup staje się przewidywalna – nie ma w nich przestrzeni na prawdziwy rozwój. Ten kończy się w chwili, gdy wyczerpują się pomysły przywódcy. Potem zostaje już tylko duszenie się we własnym sosie – aż do momentu, gdy życie wymusi nieuniknioną zmianę tej zapętlonej dynamiki.

Istnieją jednak grupy i twórcy, w których panuje zdrowa (dostosowana do sytuacji) wolność. Każdy wnosi coś od siebie, a energia ma charakter konstruktywny i rozwojowy. Taka współpraca wymaga jednak dojrzałości przynajmniej od większości – bo każdy krok może prowadzić w nieznane. To ryzyko, że coś się nie uda, ale też ogromna szansa na odkrycie nowych obszarów w twórczości i w życiu. Niepowodzenie nie jest tu porażką, lecz informacją, że po prostu poszukiwania w tym kierunku nie dają rezultatu. W takich grupach rozwój odbywa się na wielu płaszczyznach – bo każdy wnosi swój unikalny wkład, wzbogacając całość i inspirując innych. Jeśli pojawia się zaufanie do tego nieprzewidywalnego procesu i gotowość odpuszczenia surowej kontroli, rodzi się prawdziwa kreacja. Takie zaufanie wynika z autentycznego kontaktu ze sobą.

Dlatego wielowymiarową, głęboką i poruszającą sztukę tworzą tylko ludzie świadomi i poszukujący – niebojący się swojego cienia.

Nie wszyscy potrafią rozpoznać i docenić takie jakości. Dla części osób powtarzalność, tradycja i znane wartości są ważniejsze niż dojrzewanie i rozwój. Wielu woli przewidywalność, a boi się prawdziwości i autentyczności – bo to siła, która potrafi zburzyć zastane układy, systemy i konstrukcje. Także te konstrukcje umysłowe, które sami zbudowaliśmy na temat świata wokół i na swój własny temat. A konfrontacja z nimi wymaga ogromnej odwagi. I nie ma w tym nic złego, każdy ma swoją własną drogę rozwoju. Ale nie każdy powinien uczestniczyć w tworzeniu sztuki wyższej (choć może zajmować się estetyką czy zachwycać pięknem).

***

O wspólnej odpowiedzialności

Niezależne myślenie, wykraczające poza utarte schematy, budzi niepokój – szczególnie w środowiskach przywiązanych do znanych norm. Nie zawsze wynika to ze złej woli (choć, niestety, bywa i tak – czasem to wręcz zaplanowane strategie „neutralizacji” niewygodnych idei). Zwykle jednak jest to efekt lęku – obawy przed utratą kontroli nad tym, co uznaje się powszechnie za wartościowe i bezpieczne.

W takich warunkach można być „nowatorskim” – ale tylko w granicach tego, co już zostało wcześniej zaakceptowane. Oryginalność bywa mile widziana, o ile przypomina coś, co już się kiedyś pojawiło. Czyli taka pół-oryginalność – wystarczająco bezpieczna, by nie zakłócać porządku, a jednocześnie łatwa do opakowania w hasła o nieszablonowości myślenia. I niektórzy dają się na to nabrać.

Z drugiej strony są artyści, którzy stawiają na awangardę, często kierowani przez ego – zależy im na tworzeniu czegoś „wielkiego”, ale robią to bez głębszej refleksji. Ich prace bywają prowokacyjne, lecz nie wnoszą nowych wartości. Często są powierzchowne, nastawione na efekt i sensację – pozbawione szerszego kontekstu i autentycznej potrzeby eksploracji.

Dlatego dobrze, że w sztuce uczestniczy szeroka wspólnota.

Ktoś tworzy, ktoś ogląda, wyraża swoje zdanie, współuczestniczy, krytykuje… W ten sposób powstaje żywy organizm sztuki, w którym każdy głos ma znaczenie. Niektóre z tych głosów, pełne wrażliwości i wnikliwości, mogą poruszyć tak mocno, że przesuwają granice naszego rozumienia.

Choć niestety, bywają też krytycy motywowani bardziej potrzebą autokreacji niż chęcią rzeczywistego opisu sztuki. Potrafią przymykać oko na niedoskonałości rozwiązań artystycznych, byle tylko zyskać uznanie instytucji, o której piszą. Takie mechanizmy ujawniają się czasem w dużych portalach recenzenckich, gdzie indywidualne głosy recenzentów bywają przycinane i dostosowywane do odgórnej narracji, zamiast zachować swoją ciekawą różnorodność. Zjawiska te są trudne do uniknięcia, dopóki utrzymuje się hierarchiczny model, w którym lojalność wobec struktury przeważa nad swobodą interpretacji – osoby u władzy mają wtedy zbyt wiele do stracenia, by tolerować czyjąś „nierozsądną” opinię.

Ale w szerszej perspektywie to właśnie te wszystkie autentyczne głosy – płynące z wrażliwości i zaangażowania każdego uczestnika – budują sens wspólnego doświadczenia sztuki. Zwłaszcza dziś, gdy dostęp do informacji jest niemal natychmiastowy, a świadomość społeczna coraz większa, trudno mówić o sztuce jako przestrzeni zarezerwowanej tylko dla liderów czy instytucji kultury. Każdy człowiek, dzieląc się swoją reakcją, interpretacją czy emocją, realnie współtworzy jej odbiór i jej rolę w życiu społecznym.

Brak komentarzy
Szukaj